Rok dużo lepszy niż poprzednie, pokopany do szaleństwa, nagle pojawiło się sporo glitchu, shoe-gazingu, zaczęło się tagowanie rzeczywistości i powolne rozłamywanie na wiele sprzecznych ze sobą kawałków - tak, że 1.10.2009, teoretycznego dnia rozpoczęcia roku, znajduję się dalej w punkcie zero, nie poczyniwszy żadnych istotnych kroków. Śladowe lektury dzienników Cybisa zmieszanych z refleksjami Manovicha, lastowym profilem Kuby Żulczyka, bolesnymi strumieniami świadomości Faulknera i niespodziewanym natłokiem dotychczas ignorowanych intensywnie dzieł kinematograficznych sprawiły, że popadając coraz głębiej w miłość do naszej eklektycznej hiper-rzeczywistości sto razy się zastanawiam i tysiąc razy umieram, nim cokolwiek zrobię. Nie potrafię podjąć się projektu, znaleźć sobie pracy dotyczącej swojego kierunku i odnaleźć się pomiędzy tysiącem własnych koncepcji na dalszą drogę. Zbyt wiele oglądam innego, dziko jestem zafascynowana tysiącami ścieżek, którymi podążają tysiące interesujących twórców, którymi zapełnia się powoli glob. Nieuchronnie nadchodzi moment wyrzeczenia się na chwilę tego troskliwego surfingu, trendsetterstwa i kolekcjonowania ładnych obrazków. Po namyśle - nie chcę wcale jechać na biennale do Wenecji, nie widzę sensu, w tej chwili - w bieganiu pomiędzy ekspozycjami i szukaniu zakamuflowanych treści w multikulti-papce, oferowanej nam przez międzynarodową rodzinę artystów.
Nie da się tak. Nie chodzi o szukanie czegokolwiek nowego, bo nowość nie istnieje - poza coraz lepszymi mediami, poszerzaniem się możliwości warsztatowych i postę
Wszystko wychodzi daleka poza płaskie wyznaczniki wydruków 100x70 i rysunków węglem, ma sie ku filmowi, teatrowi, muzyce i wszystkiemu co ruchem w przestrzeni wyznacza coraz to szerzej pojmowaną bezgraniczność możliwości ograniczonego ludzkiego ciała.
I mogłabym się tak latami rozwodzić nad własną niezdarnością, ale nie po to się pisze, żeby się wkopać głębiej - raczej po to, żeby się podnieść ;> ewentualnie usypać okopy.
Czarne flagi partyzantki idą w górę.
Yo.